Zakończenie zmagań, ale czy na pewno?

Zakończenie zmagań, ale czy na pewno?

Minął pierwszy rok po operacji. Przyszedł czas na kolonoskopię. Tym razem znalazłem gastrologa w naszym szpitalu klinicznym. Oczywiście jak przewidywano, rok to za mało aby cokolwiek mogło się rozwinąć w tym moim skróconym jelicie grubym. Jedyną uwagą lekarza robiącego test było, że ma bardzo mało roboty ze mną. Koniec jelita osiąga w kilka minut.
Nawet dyskutowaliśmy sobie, po co człowiekowi tak długie jelito grube? Ma on sporo pacjentów takich jak ja, którym nie przeszkadza jego spory ubytek. Obserwując siebie po operacji myślę, że jest to związane z odzyskiwaniem wody, co było już podnoszone przez innych. Piję o wiele więcej. Wydaje się, że w ekstremalnych warunkach suszy np. na pustyni miałbym o wiele niższe szanse przeżycia niż człowiek z normalną długością tego jelita. Umawiamy się na następne sprawdzenie za półtora roku, chociaż według niego dwa lata też są do przyjęcia. Ja jednak wolałem wcześniej i miałem rację. Po tym półtora roku wyrósł mi polip wielkości 2 cm. Tym razem obudziłem się pod koniec badania i na własne oczy go zobaczyłem w naczynku z formaliną. Brrrr! Uczucie dziwne. Ni to strach ni to obrzydzenie. Gastrolog wyglądał na lekko zaskoczonego i powiedział, że moje predyspozycje do rozwijania polipów są wyjątkowo wysokie. Dostałem też zdjęcie tego intruza zrobione kamerą w jelicie jeszcze przed wycięciem. Powiem szczerze, że schowałem je tak, żeby zapomnieć gdzie i udało mi się. Patologia potwierdziła, że był to wstęp do następnego nowotworu i kto wie, co by mogło być za te pół roku. Jednym słowem miałem szczęście. Umawiamy się tym razem na następną kolonoskopię za rok, czyli w trzy i pół roku po operacji.

Równolegle robiłem okresowe testy CT-scan. W drugim i trzecim roku odbyło się już to co sześć miesięcy. Wszystkie wyniki były dobre, aż do listopada/grudnia 2009. CT-scan zbiegł mi się wówczas z kolonoskopią. Terminy badań są już uzgodnione z gastrologiem i onkologiem. CT-scan wypadł pierwszy, a po dwóch tygodniach kolonoskopia. Badanie z kontrastem przebiegło bez problemów. Poleżałem chwilę w tym kolistym aparacie i do domu. Wyniki otrzyma mój onkolog, z którym mam umówioną wizytę w połowie grudnia. Po dwóch tygodniach przyszedł czas na to bardziej przykre badanie. Jak zwykle dzień przed, minął na czystych płynach i środkach przeczyszczających a potem “narkotyczny” zastrzyk do żyły i spanie. Tym razem jelito czyste. Również miejsce po ubiegłorocznym polipie bez zmian. Uff. Coś się we mnie stabilizuje. Może naprawdę będę zdrowy? Leżąc po wybudzeniu pytam o wyniki CT-scanu. Jest to ten sam szpital, więc wyniki powinny być w systemie. Długo czekam na gastrologa. W końcu przychodzi trochę dziwny w moich oczach i mówi, że system się zawiesił. Z początku pomyślałem, ot zdarza się, ale potem doszedłem do wniosku, że coś jest nie tak. Może nie chciał powiedzieć mi jakiejś złej wiadomości i skłamał, zrzucając ten obowiązek na onkologa? Wiem, że awarie systemu komputerowego w szpitalu zdarzają się teraz bardzo rzadko. Podzieliłem się z żoną swoimi obiekcjami, a ona jak zwykle posądziła mnie o teorie spiskowe. Wiem, że mam takie ciągoty, ale jest jeszcze przeczucie, które mówiło mi: coś jest nie tak. Żona zauważyła, że tutaj lekarze mają obowiązek mówienia prawdy choremu prosto w oczy, więc to niemożliwe aby on kłamał. Tak, ale on nie kłamał o moich wynikach, tylko odbił od siebie przykry obowiązek. Po prostu nie miał skłonności sadystycznych. W każdym razie umówił się ze mną na badanie za rok a nie dwa, co dało mi też do myślenia.

Czas do wizyty u onkologa dłużył mi się niemiłosiernie. Myślałem, że mam już takie katusze oczekiwania za sobą, a tu masz. Nadszedł w końcu ten dzień. Czekam dość długo w pokoju przyjęć. Słyszę rozmowy na korytarzu. Inny pacjent żali się na prostatę, ale nie zajmuje mnie to zbytnio. Czekam na swego lekarza. W międzyczasie, moja pani Chorwatka odeszła i mam nowego prowadzącego, też z Europy. Hiszpan. Jednak to nie jego twarz widzę w otwierających się drzwiach. Jest to stażysta (rezydent), który wchodzi z mymi aktami. Jego pierwsze słowa to zapewnienie, że wszystko będzie ze mną dobrze. ???? Jak to będzie? Tak! Już mieli po tej wizycie zdjąć mnie z ewidencji i uznać za zdrowego, ale CT- wykazał nową plamkę na wątrobie. Horror!!! Płuca były mało prawdopodobne, ale wątroba? Chyba zauważył on przerażenie w moich oczach bo od razu pokazał mi drugi wynik. Wynik krwi w którym CEA miałem w normie.

W tym momencie, winien jestem opis CEA czyli „cancer embryonic antigen“, tak w skrócie, bo o diagnozie nowotworów chciałbym popełnić oddzielny wpis. CEA jest markerem nowotworowym, który jest wydzielany przez wiele typów raka, a szczególnie przez te układu trawiennego. W momencie rozwoju nowotworu, jego poziom we krwi może się podnieść. Może, ale nie musi. Niski poziom we krwi wcale nie daje pewności, że rak się nie rozwija. Nie mniej jednak, daje pewne podstawy do twierdzeń o obecności lub nie - nowotworu. U normalnego człowieka jego stężenie we krwi jest poniżej 2.5 ng/ml, palący mają go ok. 5 ng/ml. Podejrzenia raka zaczynają się powyżej 6 ng/ml, a powyżej 20 ng/ml nowotwór może już być w fazie przerzutu. Jeśli pacjent ma powyżej 100 ng/ml to często robiona jest chirurgia diagnostyczna. Stażysta pokazał mi wynik 0.9 ng/ml. Wcale ten wynik mnie nie uspokoił. Do pokoju wszedł mój nowy onkolog. Pytam o swoje szanse. Roześmiał się i powiedział, że on nie widzi problemu, ale scan trzeba powtórzyć po trzech miesiącach aby sprawdzić, czy plamka się nie powiększa. Teraz ma ona średnicę 4 mm a więc na granicy wykrywalności i jest za mała na biopsję. To samo jak w przypadku plamki na płucach. Czy mnie to uspokoiło? Na chwilę. Po dotarciu do domu zaczęły się te same myśli, które miałem zaraz po operacji.

Te ostatnie Święta Bożego Narodzenia były dla mnie najgorszymi, w tym całym moim już dość długim życiu. Rodzina w komplecie, Wigilia uroczysta z opłatkiem jak zwykle z Polski, a ja się nie cieszę. Na zewnątrz tak, aby nie zepsuć nastroju swoim najbliższym. Uspokajam się trochę słuchaniem programów z Polski, szczególnie kolęd. Próbuję te polsatowskie i muszę wyłączyć telewizor. Szoł w kościele. Jestem chyba starej daty tradycjonalistą i nie mogę znieść tej nowoczesności pani Terentiew. TV Polonia przez Internet. Tu jest lepiej. Oglądam też “Pastorałkę” Schillera w Teatrze TV. Nawet dobra inscenizacja. Ten kontakt z ojczyzną w takich chwilach jest bezcenny. Święta mijają, mija też Nowy Rok, 2010 w podobnym nastroju. W mojej głowie ciągle ta niepewność. Niepewność, która jest torturą. Zadaję sobie pytanie, czym się przejmujesz? Jeśli nawet, to przecież już to przerabiałeś. Przecież gotowy jesteś na śmierć. Modlisz się zażarcie, jesteś pojednany z Bogiem, więc w czym problem? Tak, to prawda, a z drugiej strony, jeśli wszystko jest w porządku? Przecież chcesz żyć. Ciągle ten konflikt w myślach. Jak już pisałem wcześniej, niepewność jest najgorsza. Gorsza od najgorszej prawdy. Życie w niepewności jest katorgą i śmierć jest chyba lepsza od niej. Stop. Koniec tych grzesznych dywagacji. Urodziny i śmierć to dwa główne wydarzenia w życiu człowieka, które w pełni zależą od wyroku Boga. Ingerencja w nie, nawet w myślach to ciężki grzech. Modlę się do Ojca Świętego, Jana Pawla II. On mi wtedy pomógł. Teraz też powinien. Nie wiem czemu, ale czuję jakąś Jego łaskę nad sobą. Może to tylko takie moje bezpodstawne życzenia, ale ja w to wierzę. Będąc w międzyczasie w Watykanie, chciałem dłużej pomodlić się przy Jego sarkofagu, ale nie pozwolono zatrzymać się mi dłużej w nawale chcących zobaczyć grób. Wiedziałem, że był On ze mną podczas tych ciężkich dni szpitalnych, a teraz gdy ja chciałem pobyć trochę dłużej przy jego doczesnych szczątkach to mi nie pozwolono. Żal straszny, ale ostatecznie nie tylko ja pielgrzymuję do Jego grobu ze swymi problemami. Miliony ludzi chcą tam pobyć przez chwilę, a doba ma tylko 24 godziny.

Ponownego CT- scanu zaplanowanego na marzec czekałem jak wybawienia. W końcu będzie „wóz albo przewóz“. Idę do onkologa z duszą na ramieniu, ale pewnie. Ta prawda mnie wyzwoli ze stanu, w którym obecnie egzystuję. Tym razem obyło się bez „rezydenta“. Twarz onkologa jest pogodna, zresztą jak zwykle u ludzi z południa. Wiadomość jest też dla mnie pogodna. Słońce za oknem, ale i słońce w moim sercu. Jednak opis tego poprzedniego scanu był przesadzony. Zobaczono coś, czego tak na prawdę nie było. Czy to wina maszyny czy człowieka, nie wiem. Wiem tylko, że przysporzyło mi to trzy miesiące trosk i zmarnowany okres świąteczny. Jest to chyba jeden z niewielu przypadków, w których rozwój techniki medycznej może przysporzyć ludziom trosk. Paradoks? Chyba nie, ale po to myśl ludzka rozwija nowe technologie, aby ulżyć człowiekowi, a tu co się stało? Jednak, gdyby była to prawda, to miałbym raka wykrytego w takim stadium o jakim np. 50 lat temu jeszcze nikt nie marzył. „Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą“, to przysłowie pasuje tu jak ulał, tylko te „wióry“ zatruły mi życie na jakiś czas.

Kończę ten swój opis perypetii na przestrzeni ostatnich czterech lat. Teraz mogę się uważać za „cancer free“, ale nie do końca. To fatum już zostanie. Cztery lata minęły, onkolog chce spotkać się ze mną tej jesieni po raz ostatni. Zdjęto ze mnie już testy CT-scan, a więc według oficjalnych zaleceń medycznych, jestem wolny od raka. Zostaną tylko okresowe kolonoskopie, aby wycinać to, co może przeistoczyć się w nowotwór. Ten rak raczej nie odnawia się w jelicie grubym u pacjenta pod kontrolą. Jego głównym miejscem odnowy jest wątroba. Statystycznie 85% odnów następuje w ciągu 3 lat po diagnozie. Po 5 latach pacjenta uważa się za wyleczonego. Właśnie ta statystyka i to miejsce odnowy spowodowało u mnie tyle traumatycznych przeżyć psychicznych w pierwszych miesiącach tego roku. Jakby to była prawda, to byłbym w tym marginesie 15%, a to już byłby pech nad pechami. Bóg jednak ustrzegł, a Nasz Papież na pewno ma w tym swój udział. Co ciekawe, w okresie tych rozterek bardzo pomagało mi wchodzenie na S24. Ten kontakt z rodakami myślącymi podobnie o problemach obecnego świata działał kojąco na moje problemy zdrowotne. Dziękuję twórcom tego portalu, a szczególnie szefowi głównemu Panu Red. Janke, za stworzenie go.

Na koniec chciałbym podzielić się pewną uwagą natury socjologiczno-psychologicznej. Zauważyła to już Oriana Fallaci w jednej ze swoich ostatnich książek. Ona spotkała się z pewnym odrzuceniem wśród niektórych znajomych i przyjaciół po diagnozie nowotworu. Nie powiem, aby u mnie było to nagminne, ale nie było to też mi obce. Ciekawe, co kieruje takim a nie innym postępowaniem ludzi? Czy jest to jakiś atawizm, strach, wygodnictwo? Ciekawy to by był temat dla psychologów i socjologów.

Dziękuję bardzo wszystkim, którzy czytali te moje wspomnienia i byłbym szczęśliwy, jeśli ktokolwiek bazując na moim przypadku przebada się w porę. Powtórzę znany slogan: rak nie jest wyrokiem śmierci o ile odpowiednio szybko go się zdiagnozuje. Niektórzy komentujący pod tymi tekstami radzili mi, abym nie pisał o tym, to szybciej zapomnę. Nie, tego się nie zapomni, a nie podzielenie się swoimi doświadczeniami z innymi byłoby egoizmem. Internet daje takie możliwości i trzeba mieć tylko nadzieję, aby wielcy tego świata w obawie o swoje płytkie i egoistyczne interesy nie zablokowali nam tego.

Autor: Bialkowski
Link do źródła tekstu: bialkowski-seaman.salon24.pl

Brak komentarzy: