Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty

Cudowny przełom w walce z otyłością...



... czyli, co hamuje apetyt na skutek oszukania mózgu na równi z rozumem?






Wiele się ostatnio mówi o nowym środku, kolejnym na liście cudownych preparatów w kategorii odchudzania. Jeżeli ktoś jeszcze nie wie, o który środek chodzi (na rynku co chwila pojawia się przecież jakaś cudotwórcza nowość), to z pewnością prędzej czy później, ta informacja do niego dotrze. Z racji chociażby tego, iż ten środek to ponoć istny przełom w walce z otyłością.








Chodzi o Hoodia Gordonii, według mnie, bardzo zgrabnie kojarzący się z „hoodnięciem”, co bezpośrednio związane jest z wymuszanym stłumianiem apetytu (ponoć oszukuje mózg, powodując uczucie sytości, wzmaga przy tym procesy intelektualne oraz podnosi fizyczną sprawność i wydolność organizmu), nie powodując przy tym żadnych skutków ubocznych (czy to aluzja do innych przereklamowanych już specyfików?)




Niemal na każdym portalu (linki poniżej) opisującym produkt, w którego składzie „dominuje” Hoodia Gordonii, czytam, iż jest to:






(...) gatunek rośliny, który jest zagrożony wyginięciem. Jej autentyczny owoc jest bardzo drogi i trudnodostępny”, bowiem rośnie tylko i wyłącznie na terenie Południowej Afryki i służy polepszeniu komfortu życia plemionom głodującym. Kupując preparat zawierający tę roślinę, należy zatem zwrócić uwagę na kraj jej pochodzenia. Jeżeli będzie to Meksyk, Chiny albo Stany Zjednoczone (będące przecież krajem mistrzowskim w dziedzinie metod walki z otyłością), to powinnam rozważyć zakup biletu do krajów trzeciego świata. Ponieważ „Rząd RPA nie pozwala na eksport rośliny bez stosownych zezwoleń (...)”.




Z opisem tej cudownej roślinki spotkałam się już w niejednym miejscu w sieci, dlatego też pisząc ten artykuł, grzechem by było go nie zacytować:


(...) Hoodia Gordonii to mała, soczysta roślina, która rośnie na terenie południowo - afrykańskiej pustyni Kalahari. Jej cudowne właściwości były znane od wieków lokalnym plemionom afrykańskim, które stosowały roślinę, aby eliminować uczucie głodu i pragnienia. Roślina Hoodia Gordonii potrzebuje ok. 5 lat, aby w pełni dojrzeć. Z powodu ogromnego zapotrzebowania stała się ona zagrożonym gatunkiem. Jej eksport nie może odbywać się bez zgody rządu RPA, który pilnuje, aby gatunek nie wyginął. Pomimo tego, że znanych jest 40 odmian rośliny Hoodia, tylko Hoodia Gordonii posiada właściwości eliminujące uczucie głodu”. Aktywny składnik tej rośliny odkryto i opatentowano w 1995 roku. W tym samym roku, rząd RPA udzielił licencji na ten patent brytyjskiej firmie Phytopharm (biznes to biznes, nie?). Następnie, firma użyczyła go gigantowi farmaceutycznemu – firmie Pfizer, aby ta, mając tak potężne narzędzie do walki z otyłością, rozpoczęła prace nad stworzeniem takiego leku, który byłby równie skuteczny, co łatwo dostępny. Ostatecznie, po trzech latach badań, firma wycofała się z tego projektu, ponieważ opłacalność tych działań okazała się znikoma. Produkt, nawet po wprowadzeniu na rynek byłby za drogi.(...)


W dobie dzisiejszych kanonów „akceptowalności” w społeczeństwie, człowiek jest zdeterminowany zapłacić każdą cenę za nienaganny wygląd i szczupłą sylwetkę, dlatego też, spokojnie!





Cudowna Hoddia Gordoni, o niepotwierdzonej jak dotąd skuteczności, jest dostępna już dziś! Nie muszę lecieć ani do RPA, ani posiadać złotej karty wstępu do laboratoriów koncernów farmaceutycznych, będących w posiadaniu „unikalnych okazów” tej roślinki. Wystarczy mieć drobne w portfelu i dobry zasięg w sieci. I to wszystko nie ruszając się z miejsca! Myśleliście, że „takie rzeczy tylko w Erze”? Ja do tej pory też.
Tylko zadaję sobie pytanie, czy to przypadkiem nie era naciągania właśnie sięgnęła szczytu...?





Do dyspozycji może nie mam czystej Hoodii Gordonii, bo jak już wcześniej wyczytałam, to gatunek ściśle objęty ochroną i nie można pozwolić na to, aby w jakikolwiek sposób się zmarnował (ciekawe, jak sobie radzą z jej niedostatkiem badacze w laboratoriach?). Ale od czego mamy koncerny farmaceutyczne i ich konsekwentną politykę pomocnej dłoni? I tutaj pojawia się Hoodia Gordoni Plus.




Zwróćcie uwagę,- dodanie jednego Plus, zmienia wszystko (plus cenę na minus!
Tylko troszeczkę pachnie mi to już oszustwem, bynajmniej nie związanym bezpośrednio z apetytem. No cóż,  coś za coś...

Czy Hoodia Gordoni Plus też gdzieś rośnie? Czy może mam na początek rozwiązać typową zagadkę „ile jest cukru w cukrze?”. Prawda, że rodzi się dylemat?

Ale nie bądźmy pesymistami, wszak odchudzanie jest naszym priorytetem, a dieta MŻ nie jest atrakcyjna... Przyjrzyjmy się tej Hoodii Gordonii z Plusem.

Na pierwszy rzut oka, wszystko jest w porządku.

Tak uspokojeni, możemy bez obawy zerknąć głębiej i poznać cudowny skład preparatu 
Hoodia Gordonii Plus:

  • Ekstrakt z zielonej herbaty – skuteczny środek antyoksydacyjny, pomagający oczyścić organizm z toksyn. W porządku. Moim zdaniem, zapomniano dodać, że to właśnie zielona herbata ma wpływ na obniżenie łaknienia, co akurat jest udowodnione naukowo. Dlaczego nie ma ani słowa o tym, że zielona herbata ma wpływ na termo genezę w organizmie, co w jakimś stopniu może przyczynić się do aktywowania procesów lipolitycznych? A może dawka jest zbyt mała, żeby wspominać o takich właściwościach? Inaczej, należało by wspomnieć o skutkach ubocznych ewentualnego przedawkowania , takich jak nudności, wymioty, biegunki, kołatania serca czy zawroty głowy. A tak, 50 miligramowe (w jednej dawce) spożycie ekstraktu z zielonej herbaty ma rzeczywiście działanie głównie antyoksydacyjne i być może ma za zadanie jedynie zniwelować nieznane skutki uboczne zażycia Hoodii Gordonii oraz Garcinii Cambogii? Z oczywistych powodów nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale wiem jedno. Z marketingowego punktu widzenia, o wiele bardziej atrakcyjnie brzmi Hoodia Gordoni Plus i Garcinia Cambiogia, niż jakiś tam magnez czy zielona herbata.

Składniki Hoodia Gordonii Plus, jak zachwala producent (linki powyżej i poniżej), zostały dobrane tak, aby się wzajemnie wspomagać i potęgować swoje działanie. Wszystkie one są w pełni naturalne i bezpieczne dla organizmu. Na zdrowy rozum, producent ma tutaj na myśli prawdopodobnie wymieniony Mg oraz ekstrakt z zielonej herbaty, bo nie jest tajemnicą, że wciąż trwają badania nad samą Hoodią Gordonii. Ale nie czepiam się, w końcu roślina to roślina, zatem jest to produkt naturalny. Ponadto, w ulotce jest jeszcze jeden drobny szczegół. Podstawowe składniki preparatu występują w określonych dawkach, a procent dziennego zapotrzebowania ustalony został tylko dla Mg.


Przyjrzyjmy się tabeli: 

  • Magnez / 250 mg / 62% 
  • Hoodia – Koncentrat  10:1 / 400 mg / * 
  • Ekstrakt z owocu Garcina / 50 mg / * 
  • Ekstrakt z Zielonej Herbaty / 50 mg / * 

Ta magiczna gwiazdka * przy pozostałych, podpowiada mi, że dzienne zapotrzebowanie na Hoodię, Garcinię i zieloną herbatę - nie jest dla mnie znane. Czy to ma mnie powstrzymać od zareklamowania produktu w przypadku braku jego skuteczności? Nie. To ma mnie uspokoić, że nic mi nie grozi po przyjęciu wskazanej dawki. A poza tym, dlaczego od razu mówić, że produkt (z uwagi na indywidualne uwarunkowania organizmu) może okazać się nieskuteczny? Przecież oprócz kluczowych „ekstraktów” w Hoodii Gordoni Plus mam dodatkowo:


Unikalny zestaw enzymów przyśpieszający trawienie: Protease, Amylase, Cellulase, Lipase, Invertase, Lactase, Maltase, Papin, Bromelain


Zanim przejdę do opisania zestawu powyższych enzymów, mała uwaga: o ile mi wiadomo, potrawy, które spożywamy zawsze zawierają określoną ilość białek, węglowodanów i tłuszczy, w zależności od rodzaju pokarmu. Nie zawsze możliwe jest w sposób perfekcyjny tak połączyć dane pokarmy, aby proces trawienia nie został zakłócony. Zresztą, komu chciałoby się nad tym zastanawiać, jedzenie jest dla ludzi. Ewentualne kłopoty żołądkowe z reguły szybko ustępują, jeżeli nie wynikają z określonych dysfunkcji ze strony narządów. Za trawienie pokarmów odpowiedzialne są enzymy. Dzięki nim, zachodzi wiele innych procesów w organizmie, m.in. proces wchłaniania witamin i minerałów (np. takich jak Mg) lub też zachowanie równowagi hormonalnej.


To teraz przyjrzyjmy się, jakie to „unikalne” enzymy proponuje mi producent preparatu, w celu podwyższenia jego jakości:

  • Protease - czyli proteaza - enzym niezbędny dla procesów rozkładania białek do postaci wchłanianych aminokwasów
  • Amylase - czyli amylaza - enzym niezbędny dla procesów rozkładania węglowodanów do najprostszej wchłanianej postaci - glukozy
  • Cellulase – czyli celulaza - kompleks enzymów rozkładających celulozę (niestawialne włókno roślinne) do wchłanianej glukozy
  • Lipase – czyli lipaza - enzym niezbędny dla procesów emulgowania tłuszczy
  • Invertase – czyli inwertaza – enzym rozkładający sukrozę (sacharozę), katalizujący nadmierną hydrolizę do glukozy i fruktozy, zapobiegający m.in. powstawaniu alergii pokarmowych (na skutek przyjmowania zbyt dużych ilości produktów wysoce przetworzonych, w których jednym z głównych nośników smaku jest sukroza)
  • Lactase – czyli laktaza - enzym hydrolizujący laktozę (cukier mleczny) do postaci wchłanianej glukozy i galaktozy. Większość dorosłych ludzi cierpi na nietolerancję laktozy, ponieważ funkcje wydzielnicze tego enzymu znajdują największe zastosowanie w okresie wzrostu i rozwoju organizmu
  • Maltase – czyli maltaza – enzym rozkładający maltozę (dwucukier powstały z rozpadu skrobii i glikogenu*) do postaci wchłanianej glukozy
*glikogen- materiał zapasowy utrzymywany w mięśniach i w wątrobie na wypadek niedoboru cukrowego (hipoglikemii)






Co do Papain i Bromelain – czyli papainy i bromelainy – są to enzymy wstępnie rozkładające białka, swoim działaniem zbliżone do enzymu wydzielanej fizjologicznie pepsyny (rozkładającej białka). Papaina pozyskiwana jest z owocu Papai, natomiast Bromelaina pochodzi od ananasa. Z pewnością, spotkaliście się już z nazwami tych cudownych enzymów wspomagających trawienie, przy okazji czytania ulotek pochodzących od innych preparatów odchudzających. Do świętej trójcy należało by jeszcze dodać wyciąg z grejpfruta, koniecznie czerwonego. Oczywiście, o skuteczności, a raczej o nieskuteczności tych enzymów nie śmiałabym powiedzieć złego słowa. Pod warunkiem, że papaja będzie świeża, ananas też nie z puszki, a grejpfrut zjedzony razem z białą skórką.




    To by było na tyle, jeśli chodzi o unikalność ciężko pozyskiwanych enzymów. W związku z powyższym, zastanawiam się, czy nie łatwiej by było nabyć w aptece np. Kreon, lub Digestive Enzymes, a dodatkowo Essentiale Forte jako wspomagacz. Bo na enzymy w Hoodii Gordonii mnie nie stać, natomiast jeżeli zdecyduję się zostać królikiem doświadczalnym do badań nad pozostałymi składnikami tego preparatu (czyli działaniem samej Hoodii Gordonii, czy Garcinii Cambogii), to najpierw napiszę swoją biografię, z korzyścią dla przyszłych cudotwórców.

    Hmmm… może się mylę? Może to wszystko co napisałam powyżej świadczy o nadmiernej ostrożności? Ale tak już mam. W końcu zdrowie i życie ma się jedno. Poniżej podaję przykładowe linki, w kwestii których, chętnie poznałabym opinie innych, zanim zdecyduję się na porzucenie obrzydliwie sceptycznych refleksji:




    Bulimia. Przyczyny i zapobieganie



    Przyczyną choroby jest nie tylko presja społeczeństwa, które wręcz nachalnie promuje kult szczupłej sylwetki. W okresie, kiedy tworzy się tożsamość młodego człowieka, często buntuje się on przeciwko rodzicom, otoczeniu czy szkole. Konflikty rodzinne, mogące mieć podłoże już w okresie dzieciństwa, są częstą przyczyną zachorowań na bulimię. Oprócz tego wyróżnić można inne powody choroby, z pośród których najpowszechniejsze to niska samoocena czy brak akceptacji ze strony rówieśników. Niepokój i problemy często są zagłuszane poprzez napady żarłoczności. Uciekanie w obżarstwo, będące formą walki z negatywnymi uczuciami, może być także spowodowane samotnością, brakiem bliskiej osoby czy miłości w ogóle.




    Badania wykazują, że prawie połowa osób cierpiących na bulimię przechodziła także przez anoreksję. Jednak „wilczy głód” występuje około 5 razy częściej niż anoreksja. Co ciekawe, obie choroby mogą mieć podłoże genetyczne.



    Leczenie bulimii



    Bulimia jest poważną i trudną w leczeniu chorobą o podłożu psychicznym. Aby prawidłowo ją leczyć, należy najpierw dobrze rozpoznać jej objawy. Kluczem do rozpoczęcia terapii jest skłonienie osoby chorej, aby odważyła się przyznać do problemu i podjąć z nim walkę. Niestety, jak wykazuje praktyka, jest to jeden z najtrudniejszych momentów leczenia i nie pozwala wykryć choroby w jej wczesnym stadium. W związku z tym, u większości leczonych na bulimię dochodzi do trwałych powikłań.

    W zależności od rodzaju i formy prowadzonych działań terapeutycznych, leczenie może trwać od 2-3 miesięcy do dwóch lat. Najogólniej, psychoterapia polega na stopniowym przyswajaniu strategii i sposobów radzenia sobie z sytuacjami stresującymi. Mniejsze znaczenie mają tutaj leki przeciwdepresyjne, pomimo, iż praktycznie zawsze dołącza się je jako element wspomagający dla osiągnięcia pożądanych rezultatów.





    Pamiętajmy, że najważniejsze jest, aby traktować chorą osobę z wrażliwością i zrozumieniem, tak aby poczuła ona wsparcie podczas niełatwej walki z wyniszczającą bulimią.


    Dieta w leczeniu anoreksji żarłoczno -wydalającej i bulimii psychicznej

    Leczenie bulimii opiera się na zapobieganiu stanom zagrożenia życia i powikłaniom. W połączeniu z farmakoterapią (leki przeciwdepresyjne oraz środki pomagające utrzymać kontrolę nad ilością jedzenia) może znacznie polepszyć efekty terapii. Przede wszystkim należy zapobiegać skutkom wymiotów, stosowania środków przeczyszczających i odwadniających, a także nadmiernemu rozciąganiu ścian żołądka (najczęstsze powikłania ze strony przewodu pokarmowego i zaburzeń elektrolitowych). Chore nie powinny również jadać w samotności, a ich porcje powinny być niewielkie. Najlepszym rozwiązaniem jest stała kontrola rodziców, lub opiekunów nad tym ile chora je.


    Jak zjeść ciastko i dalej je mieć? cz.2





    Skoro już wiemy, że posiadanie ciastka zależy nie tyle od wybranej diety, a od naszego sposobu na życie, czas doprecyzować tę naszą „dietę życia”.










    Dbanie o linię, jest pożądane zarówno ze względów estetycznych, jak zdrowotnych. Nie rzadko jednak się zdarza, że nasza elegancka dbałość w tym zakresie zderza się z opinią innych, takich, którzy tej elegancji jeszcze nie zdążyli w sobie wykształcić… Co robić, jak dozować swoją „jedzeniową elegancję”, już wiemy. Wiedza, to jednak nie wszystko. Teraz, trzeba się nauczyć, jak obronić taki skarb. Naukowcy podpowiedzieliby: kluczową rolę w każdym problemie spełnia asertywność”. I tutaj, znów by się nie pomylili!


    Asertywna dieta

    Błędem jest rozumowanie, że asertywność polega na samym mówieniu „nie”, bez względu na to, co mają do powiedzenia inni. Asertywność to sztuka. Tak samo, jak „zjeść ciastko i dalej je mieć”. Mówiąc wprost, dbamy o to, aby nasz rozmówca czuł się komfortowo i elegancko wówczas, kiedy my, w pełni komfortowo i elegancko potrafimy posłużyć się tym krótko brzmiącym i niewinnym słówkiem „nie”.


    Kilka refleksji znad pustego talerza


    Poruszanie dietetycznych tematów (ilość kalorii, szkodliwy cholesterol, itp.) w gronie osób, które właśnie zasiadły z apetytem do posiłku, to morderstwo w biały dzień. Nikt nie będzie też zawracał sobie głowy teorią, że od stołu należy odejść "z lekkim poczuciem niedosytu". To wiesz Ty. Więc, daruj sobie. Jeżeli oburzenie nie pozwala ci zamknąć ust, zaknebluj się sałatą. To elegancki i skuteczny sposób, w dodatku świetny dla figury. Pamiętaj, że każdy prowadzi odrębny styl życia. Jeżeli nie chcesz, aby ktoś zaglądał do twojego talerza, nie zaglądaj do cudzych.







    Nie tłumacz się ze swojego stylu życia. Pytania typu „dlaczego nic nie jesz?”, „ czemu tak wolno jesz?”, „nie smakuje ci?” są irytujące, zgadza się. I mało eleganckie ze strony osoby, która takie pytanie zadała. Miej na uwadze jednak, że każdy dojrzewa do swojej elegancji w swoim własnym tempie. Niektórzy, nie dojrzewają nigdy. Może wystarczyłoby powiedzieć „jest takie smaczne, że chciałabym to mieć jak najdłużej” albo „delektowanie się tym jedzeniem jest tak samo przyjemne, jak przebywanie w tym towarzystwie. Nie widzę potrzeby zmierzania do końca, o czym to rozmawialiśmy?”. To mocne słowa, ale nieprzesadne i miłe dla ucha. I dają do myślenia.







    Pamiętaj, że elegancją jest nie tylko jedzenie w umiejętny sposób. Nadmierna i przesadna demonstracja swoich upodobań względem stołu, nie ma nic wspólnego z taktem. Szacunek do współtowarzyszy jest tak samo ważny, jak do tego co jesz. Przykładowo, nakładając na talerz porcję - jak "dla wróbelka", fundujesz zarówno sobie, jak i innym dyskomfort psychiczny.








    Nie domagaj się potraw, których nie ma na stole.
     








    Nie argumentuj i nie oburzaj się w sytuacji, kiedy ktoś częstuje cię czymś, co nie istnieje dla ciebie jako rzecz jadalna. Ludzie są z natury dobrzy. Dlatego proponują nam rzeczy, które sami najbardziej lubią. Zamiast obruszać się na widok ociekającego tłuszczem kawałka steku, wykrzykując przy tym „Boże, jakie to tłuste, chcesz mnie zabić?”, lepiej jest powiedzieć „z wielką chęcią, ale za chwileczkę, bo w tej chwili już nic nie zmieszczę”. Nie obawiaj się konsekwencji swojej wypowiedzi. Z pewnością, znajdą się przy stole tacy, którzy zawsze znajdą miejsce w swoim żołądku na ten „przysmaczek”.





    Pamiętaj, że twoja życiowa dieta to przecież element twojej osobowości. Zawsze, należy ci się prawo do uprzejmej stanowczości w kwestii odmowy. Nie rzadko zdarzają się sytuacje, kiedy ktoś usilnie próbuje zdominować czyjeś rozumienie diety, narzucając słownie oraz praktycznie (czyli dosłownie) swój wybór. Zawsze masz prawo do swobodnej wypowiedzi, zgodnej z twoimi przekonaniami.





    Nigdy nie zapominaj o swojej asertywności. Twoja dieta opiera się przecież na założeniach „wilk syty i owca cała”. Zatem, im bardziej ty będziesz syty/a, tym bardziej dobitnie docenisz zalety swojej uprzejmej stanowczości. A inni, będą mogli ci tylko pozazdrościć.




       

    „Wilk Syty i Owca Cała”


    Jak pisałam w poprzednim artykule, do tej „diety” należy podejść zupełnie spokojnie, z racji tego
     że jest to sposób na życie. Bez wyrzeczeń, bez zbędnych frustracji i przede wszystkim bez pośpiechu. Na początek, odrzuć wszystkie dostępne źródła, które aż kipią od nadmiaru treści związanych z odchudzaniem, ćwiczeniami i adresami cudotwórczych ośrodków odnowy ciała i ducha. Twoja odnowa zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Po prostu się skoncentruj. To niesamowita odpowiedzialność i każdy podejmuje ją wyłącznie za siebie.
    A wystarczy naprawdę niewiele.




    Po 1. Przede wszystkim, nie walcz z jedzeniem.  

    Możesz pozwolić sobie na wszystko, pod warunkiem, że zachowasz umiar. Trudne? Owszem. Ale o wiele trudniejsze jest zniesienie myśli, że nie potrafimy kontrolować własnych zachowań i ulegamy pokusom, ponieważ nie umiemy słuchać sygnałów, jakie wysyła nam własne ciało. To na tyle smutne, że zostaje tylko zaszyć się pod kołdrą z kubełkiem lodów i przełączając kanały w telewizji - na zmianę pocieszać się widokiem grubasów lub popłakiwać, na widok modelek w twardym rygorystycznym rozmiarze xs. Sama zdecyduj.

    Po 2. Jedz po 18 00!

    Rygorystyczny zakaz niejedzenia po 18 00, znajduje uzasadnienie tylko w sytuacjach, kiedy w ciągu całego dnia zdążyłaś pochłonąć już ilość kalorii adekwatną do swojej aktywności. Ponieważ jesteś mądrą i świadomą kobietą, z pewnością potrafisz tak rozłożyć ilość spożywanych pokarmów w ciągu całego dnia, że mały wieczorny spadek energii możesz przyjąć absolutnie spokojnie i bez nerwów. Jeżeli czeka cię praca do późnych godzin wieczornych, lekki posiłek jest jak najbardziej na miejscu. Twój organizm dostaje sygnał, że na odpoczynek będzie musiał jeszcze poczekać, dlatego jeszcze nieprędko wyłączy mechanizm odpowiedzialny za przetwarzanie energii niezbędnej do działania.  
    Niezwykle istotne jest natomiast to, co spożywasz o tej porze. Jeżeli zależy ci na efektywnym działaniu, ważne, żeby posiłek był lekki i służył jedynie wyłączeniu opcji „muszę coś zjeść, bo nie będę w stanie się skupić”. Jest to więc kwestia spokoju psychicznego, aniżeli prawdziwego głodu. Aby twój organizm był rzeczywiście skoncentrowany na pracy, dobrym rozwiązaniem będzie mała porcja białego sera, jogurt naturalny, kilka migdałów albo po prostu pyszna kawa latee z cynamonem. Pamiętaj, że wszelkie produkty słodkie, mające na celu pobudzić do działania, w rzeczywistości, o tej porze dnia przyczynią się do wprowadzenia cię w stan błogiej dekoncentracji i szybciej położą cię spać, aby móc spokojnie odłożyć się w biodrach.

    Po 3. Podjadaj!

    Podjadanie, to oczywiście bardzo zły nawyk i to właśnie on jest w dużej mierze odpowiedzialny za stale przybywające kilogramy. Nie chodzi tu jednak o to, abyś podjadała między posiłkami głównymi! Odsyłam tutaj do punktu 1. Każdy swój główny posiłek w ciągu dnia, potraktuj właśnie jako „podjadanie”. Podjadaj w porze śniadania, lunchu, obiadu i kolacji. Metoda małych posiłków to podstawa. Kotlet schabowy z ziemniakami, porcja frytek z majonezem albo kebab pochłonięty w drodze do pracy, to naprawdę już nie modne. Takie zapychacze lepiej zastąpić pożywnym jogurtem, porcją kurczaka, sałatką z tuńczykiem, a nawet smakowitym deserem w postaci lodów z owocami. Takie małe posiłki są sycące i smaczne, nie rozleniwiają i nie rozłożą cię na łopatki pod wpływem zmian w całym biorytmie dnia. Pamiętaj, że nie żyjesz po to, aby jeść, ale jesz po to aby żyć.

    Po 4. Doceń objęcia Morfeusza.

    Twój partner, oczywiście ma prawo być zazdrosny. Ale nie ma nic cenniejszego, jak jego aprobata na twój widok, kiedy jesteś wyspana, wypoczęta i szczęśliwa. Tak, to właśnie zaleta wysypiania się. Sen, w magiczny sposób regeneruje siły i wzmacnia odporność na pokusy dnia. To wszystko, dobudowuje cegiełki w tworzeniu silnej motywacji. Kiedy jesteś wyspana, żaden stres nie wyprowadzi cię łatwo z równowagi. Żadne ciastko nie będzie musiało cię pocieszać w chwilach słabości. Uwaga! Jedyną słabością, jakiej nie będziesz mogła się w stanie oprzeć, będzie twój partner...

    Po 5. Zapomnij o siłowni.

    "Utarło się", że jedynym sposobem na zachowanie szczupłej sylwetki jest czynne, aktywne uprawianie sportu. Owszem, bez ruchu ani rusz. Nie musisz jednak wylewać siódmych potów na siłowni, czy też katować się piętnastokilometrowym sprintem. Jeżeli jesteś przyzwyczajona do takiego codziennego wysiłku fizycznego, to super. Radykalna zmiana stylu życia raczej cię nie dotyczy. Jeżeli jednak jesteś zwolenniczką życia na wolnych obrotach, nie próbuj na siłę przeobrażać się w mistrzynię olimpijskich medali, czyniąc z siebie jednocześnie męczennicę własnego ciała. Jeżeli opanowałaś już sztukę spokojnego sięgania po jedzenie, nie pozostaje nic innego, jak spokojnie wybrać się na długi spacer, docenić możliwości przerzutek w rowerze, a zamiast sprawdzać czy winda jeszcze działa, może warto sprawdzić czy na każdym piętrze jest tyle samo schodów co wczoraj?

    Jak zjeść ciastko i dalej je mieć ?

    Oczywiście, najlepiej kupić całe opakowanie ciastek;)


    Ale ciastko ciastku nierówne, nawet jeśli wychodzi spod masowej produkcji. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że z każdym takim „masowo” wyprodukowanym ciasteczkiem, nasze ciało również zabiera się za produkcję masową. Niestety, to już nie jest takie przyjemne. A już na pewno nie sprawiedliwe. Przecież coś się nam od życia należy.


    Więc, jak zjeść to ciastko i to samo ciastko ciągle mieć? Włożyć do buzi i wypluć? Włożyć do buzi, połknąć, a potem wyłożyć na talerz następne i nucić pod nosem „nic nie widziałam, nic nie słyszałam?” Można i tak. Ale za chwilę nasze lustereczko kochane zawtóruje nam w dwugłosie "wszystko widzę, podejdź tylko do mnie to ci pokażę". Oj, nie ma sprawiedliwości na tym ziemskim padole. Nie pozostaje nic innego jak wziąć sprawy w swoje ręce. I tym samym wziąć jedno ciastko. Jedno!


    WILK SYTY I OWCA CAŁA!

    Nie, dziękuję. Ależ skąd, ja się nie głodzę! Po prostu, jestem na diecie. A nawet na dwóch dietach! Bo na jednej to bym przecież nie wytrzymała, a poza tym, to już nawet modne nie jest. Pierwsza dieta skupia się na założeniach „Wilk Syty”, natomiast druga dieta nosi oryginalną nazwę „Owca Cała”. Zarówno jedna, jak i druga dieta nie mają nic wspólnego ani z wilkiem (który wyjada mi wszystko z talerza, dzięki czemu ciągle się jeszcze się mieszczę w karnawałowy kostium Czerwonego Kapturka), ani z owcą (której to mięsa baraniego należy się podobno wystrzegać jak smoczego ognia).

    Reasumując, „Wilk Syty” i „Owca Cała”, to bardzo nowatorskie podejście w kwestii dietetycznych zahamowań, wiecznych zakazów i frustrujących dylematów. A mówiąc po „polskiemu”- cudownie jest mieć ciastko-zjeść ciastko- i dalej je mieć! 






    Na początek, warto zapoznać się ze swoimi ukochanymi preferencjami, poznać swoje nawyki i przede wszystkim zastanowić się, co tak naprawdę chcielibyśmy zmienić. Może się okazać, że wcale nie musimy nic zmieniać. Nie ma nic piękniejszego jak udoskonalanie swoich własnych wypracowywanych przez lata sposobów na - powiedzmy sobie szczerze- trwanie w szczęśliwości, a nie w diecie.


    WIEM JAK ZJEŚĆ CIASTKO I DALEJ JE MIEĆ

    „Po prostu. Ugryzę kawałek. Ja będę syta, a ono będzie całe”. Oczywiście, teoretyzowanie nie jest karalne. Wiadomo, że kawałek ciastka jedynie rozbudzi apetyt. A ciastko nie będzie całe, tylko nadgryzione. Wbrew pozorom jednak, jest to metoda skuteczna i z powodzeniem znajduje zastosowanie absolutnie praktyczne. Nie odnosi się bowiem do samego głupiego ciastka, a do całokształtu modelu naszego odżywiania.


    Każdy zna zasadę - czyli mniej żreć. Wielu z nas, nie chce nawet słyszeć o takim sposobie odchudzania, ponieważ zwyczajnie kojarzy nam się on z głodem. Tymczasem MŻ to nie żadne odchudzanie. To po prostu elegancja. Czysta, estetyczna i skuteczna.


    Nie trzeba jechać do Francji, aby podpatrzeć jak to robią Francuzki. Tak, to te „lasencje”, o których mówi się, że nie tyją, mimo, że lubią dobrze zjeść. Ano lubią. I wcale nie mają wyrzutów sumienia. Dlaczego? Bo prędzej to sumienie by je zabiło, aniżeli nadmiar tuszy.




    Skupmy się jednak, na naszych rodzimych uwarunkowaniach. Nam także niczego nie brakuje. Ani elegancji, ani klasy. Jedzenia też nie. Bywa, że wystarczy jedynie zmodyfikować jadłospis. Innym razem, trzeba tylko pochować zegary w domu, aby nadmiernie nie rządziły naszym uciekającym czasem, absolutnie wykluczającym poddawanie się rozkoszom podniebienia, nakazującym jeść szybko, dużo i byle jak. Czasem też warto poprzeciągać się rano w łóżku do późnego popołudnia i nie myśleć na okrągło o naukowcach, grzmiących:  
    Spożywaj wczesne śniadanie! Od niego zależy całe Twoje życie!




    Nieprawda. To, czy się gdzieś śpieszymy, czy się wysypiamy, jak się odżywiamy, a nawet to, jak radzimy sobie ze stresem, zależy od nas samych. Nie inaczej ma się sprawa z tzw. dietą, która nie jest niczym innym jak sposobem na nasze prywatne życie.


    ELEGANCKIE


    To nic innego, jak "elegancka" definicja dietetyków, zakładająca 5-7 posiłków dziennie, mniej więcej w odstępie 3-4 godzin. Brzmi strasznie. Nie dość, że trzeba to liczyć, to jeszcze nigdy tak naprawdę nie wiadomo, co możemy uznać za posiłek. Na dodatek, ciągle chodzić z uczuciem niedosytu i czekać kolejne 3 godziny do następnej przekąski ? Paranoja. A jednak nie. Tu naukowcy się nie pomylili. Udowodniono, ponad wszelką wątpliwość, że spożywanie małych posiłków, w zbliżonych odstępach czasu, powoduje szybką utratę wagi, a przy tym, daje gwarancję zdrowia i dobrego samopoczucia. I wcale nie chodzi o liczenie posiłków ani o gorączkowe pilnowanie czasu!




    Fifty+Fifty = kompromis

    1. Nie zapominaj choćby o niewielkim śniadaniu. Dostarczając sobie kalorii w pierwszej połowie dnia, unikasz ich niebezpiecznej kumulacji wieczorem i tym samym zapobiegasz odkładaniu się tłuszczu w strategicznych partiach sylwetki. Nie oznacza to, że trzeba codziennie rano wstawać z zegarkiem w ręku - „punkt: 7 00 śniadanie”. Ten pierwszy posiłek możesz spożyć w dowolnym momencie po przebudzeniu, mając na uwadze satysfakcję z dobrze przespanej nocy. Wyspana kobieta, to szczęśliwa kobieta. A szczęśliwa kobieta to kobieta elegancka i zadbana.

    2. Wypijanie wody, zwłaszcza przed posiłkiem - zmniejsza apetyt. Dzięki temu, łatwiej jest się oprzeć rozterkom typu „zjeść, czy nie zjeść”. Ponadto, woda umożliwia prawidłowe trawienie, sprzyja usuwaniu toksyn z organizmu, zapewniając zdrowy i ładny wygląd skóry.

    3. Najważniejszy i kluczowy jest codzienny bilans kalorii. Jeżeli jednego dnia jemy więcej, to następnego jemy mniej.

    4. Regularność to podstawa, ale nie żaden reżim. Chodzi o to, aby nie dopuścić do sytuacji, w których desperacko sięga się po cokolwiek, bowiem tym sposobem, gubi się po drodze cały szacunek względem rytuału, jakim jest spożywanie posiłku.

    5. Owoc, kilka migdałów albo jogurt - to cudowne przekąski. Zdrowe i sycące. I jakie eleganckie!